Historia Kameralnej – jednej z najbardziej kultowych restauracji w Warszawie
Restauracja, która sięga swoją tradycją okresu powojennej Warszawy to właśnie Kameralna oryginalna. Od wielu lat cieszy się niesłabnącym powodzeniem wśród mieszkańców Stolicy.

Leopold Tyrmand, Marek Hłasko, Janusz Głowacki, Roman Polański, Edward Stachura czy Agnieszka Osiecka prowadzili tutaj zagorzałe dyskusje na temat życia i literatury. Bo gdzie jak nie tutaj, w restauracji Kameralna, przy dobrej wódce i zakąskach, można było nadać koloru PRLowskiej szarości. Każdy chciał się tutaj znaleźć, potańczyć na dancingu i zakosztować „koniaku z południowymi owocami” czyli wódki z dwoma ogórkami.

W latach 90 To najpopularniejsze miejsce zniknęło nie radząc sobie z duchem kapitalizmu. Na kulturalnej mapie Warszawy ponownie znalazła się restauracja Kameralna na Kopernika 3, kusząc swoich gości wielkim czerwonym neonem.
Idąc za duchem tradycji,
każdy powinien to miejsce odwiedzić .
Historia Restauracji Kameralnej:
Kameralna foksal - legendarnaCała Warszawa znała istniejącą od lat 50. do początku 90. restauracje Kameralną. Dzieliła się ona - jak pisał Marek Hłasko w "Pięknych dwudziestoletnich" - na trzy części: dzienną przy ulicy Foksal, drugą dzienną (tzw. dla ubogich) przy Kopernika i nocną (dla bogatych).

20 października pod adresem Kopernika 3 została otwarta nowa Kameralna. Nad wejściem świeci taki sam neon, jak przez cztery dekady zapraszał dziś już legendarnych gości do legendarnej kawiarni.
Przypomnijmy starą Kameralną.
W odróżnieniu od 20-lecia międzywojennego w nowych realiach powojennej Polski funkcja kawiarni literackiej nieco spoważniała. W la- tach 50. stała się ona właściwie jedynym możliwym miejscem wymiany poglądów, konfrontacji, dyskusji. Ciasne, maleńkie mieszkania, wynajmowane pokoiki nie sprzyjały spotkaniom towarzyskim. Brakowało salonów literackich.

Kawiarnie, kafejki, bary zyskały niejako miano domów zastępczych, gdzie spotykało się wszystkich. Schodzono się w Jontku, Harendzie, Złotej Rybce, Kameralnej i innych restauracjach. Jak wspominali bywalcy tych miejsc, wszystko było tam bardzo tanie. Rozmawiano o literaturze, filozofii, życiu, kobietach. Pito wódkę i dyskutowano. Były to żywe miejsca, w których koncentrowało się życie towarzysko-kulturalne. Po martwocie czasów stalinowskich chciano wyrwać się z apatii.

Antidotum na szarość był alkohol, jako element wyzwalający i spajający, ale niestety, w szerszej perspektywie – niszczący. Szaleństwa młodości, radość życia pokrywająca niezatarte jeszcze wspomnienia po latach okupacji, zachłyśnięcie się własnym talentem, sukcesem – to wszystko niejako prowokowało do picia.

Zaangażowanie w sztukę, miłości, niepokoje młodości, radość istnienia, tropienie spraw ostatecznych, w wielu wypadkach balansowanie na granicy życia i śmierci – taka była druga strona medalu. Wielu tego nie wytrzymało. Choroby, śmierć przerzedziły szeregi uczestników kawiarnianych spotkań i polemik. Zmieniły się same lokale, niektórych już w ogóle nie ma, inne w niczym nie przypominają dawnych. Trudno obecnie nawet w pamiętnikach i wspomnieniach odnaleźć ślady minionego bogatego życia literackiego. A przecież kawiarnie odgrywały wówczas rolę salonów artystycznych, miejsc, w których tworzyła się anegdota literacka, gdzie rodziła się legenda
Kameralna w trzech odsłonach:
Kameralna legendarna dzieliła się na trzy części: Kameralna dzienna pierwsza (przy ulicy Foksal – hol dzielił ją od wejścia do Teatru Kameralne- go), Kameralna dzienna druga, dla „ubogich” lub jak kto woli „oszczędnych” – przy ulicy Kopernika, naprzeciwko kina Skarpa (czasami nazywana również Kameralną dla wozaków, choć prawdziwego wozaka szukać by tam ze świecą) i Kameralna nocna, dla bogatych, także przy ulicy Foksal, kilka kroków dalej za restauracją dzienną. Odkrywczość tego pomysłu gastronomiczno-architektonicznego polegała na tym, że można było zacząć pijaństwo w Kameralnej drugiej dziennej już wcześnie rano; po czym można było przejść na obiad do Kameralnej pierwszej, bawić się z kielichem do wieczora, kiedy to otwierano Kameralną nocną i tam dopiero wyrobić się towarzysko i dramatycznie – pisał Marek Hłasko w „Pięknych dwudziestoletnich” (wydawnictwo Alfa, 1988 r.). Zaznaczyć należy, że Kameralna miała również swoje dwie filie: przy ulicy Rakowieckiej i w sąsiedztwie placu Na Rozdrożu.

Wśród trzech Kameralnych jedna świeciła szczególnie jasnym blaskiem – Kameralna nocna, dla zamożnych, gdzie podsumowywano burzliwe wypadki dnia. Najmodniejszy nocny lokal. Nie dało się tu wejść bez marynarki i krawata. Były biletem wstępu, oznaką szyku i potwierdzeniem prestiżu miejsca. Niczym zaklęcie otwierały przychodzącym drzwi. Różnie radzono sobie z tą etykietą. Marek Hłasko zostawiał swoją zakupioną w Państwowym Domu Towarowym welwetową marynarkę w garderobie Kameralnej nocnej. Dzięki temu natychmiast po przyjściu przemieniałem się z brudnego łachudry w młodzieńca z klasycznym wykształceniem, rokującego nadzieje na przyszłość, i w radosnych podskokach wbiegałem na salę – wyznawał. Edward Stachura natomiast krawat zastąpił plecionym paskiem od spodni. Ktoś inny, w dramatycznym akcie rozpaczy, użył ponoć do tego celu zwykłej skarpetki.

Każdy chciał tu przychodzić. W przeciwieństwie do Kameralnej na Kopernika, w której obok artystów ramię w ramię urzędował waluciarz, dorożkarz czy prostytutka, przy ulicy Foksal było drożej i wytworniej. Przy wejściu, w szatni, niepodzielnie królował pan Mieczysław. Przesympatyczny pan Miecio, niebywały olbrzym, nigdy nie bił gości po głowach i szczękach, lecz tylko zgarniał ich do kupy – zupełnie jak oko radaru kondensującego tysiące mil morskich i wyrzucał za drzwi z siłą tornada, tak że goście rozpłaszczali się na murze po przeciwległej stronie ulicy Foksal – informował Hłasko.

Legenda nabiera dziś ciepłych barw wspomnień. Być może w zbiorowej pamięci nie utkwiły wydarzenia istotne dla badacza życia twórców literackich, lecz pozostały cenne okruchy szaleństwa, spełnienia artystycznego bądź towarzyskiego. Przetrwał smak atmosfery, ale trudno go odtworzyć i opisać. Zawsze na pierwszym miejscu było „pisanie”. Zabawa była jedynie barwnym dodatkiem i wyznacznikiem młodości. Gdzieś zawieruszyły się dziś konkrety, pozostał aromat, esencja poetyckiego życia. Bo wszystko, nawet biesiady, skupiały się wokół parnasu.

 
Warszawski półświatek i artyści:
Artyści, pisarze, rzeźbiarze, architekci, jednodniowi milionerzy, najbogatsi i ci bez grosza – jak jeden mąż – stawiali się nocą w „Kamerze”. Spotkać tu można było cały półświatek warszawski – badylarzy, właścicieli drobnych zakładów, panie i panienki – oraz plejadę artystów: Marka Hłaskę, Ireneusza Iredyńskiego, Krzysztofa Mętraka, Hamiltona, czyli Jana Zbigniewa Słojewskiego, Janusza Krasińskiego, Marka Nowakowskiego, Wojciecha Frykowskiego, filozofa Zbigniewa Domańskiego, który pożyczał białą koszulę, Stanisława Grochowiaka, Romana Śliwonika, Zbigniewa Jerzynę, wpuszczanego z oporami Jana Himilsbacha, Andrzeja Brychta i wielu, wielu innych. Ten nocny lokal stanowił tygiel, w którym mieszali się przedstawiciele całej Warszawy. Urząd demonicznego księcia Kameralnej piastował Roman Śliwonik. Przeżywał on wtedy swój heroiczny, bojowy okres. Bójki zazwyczaj wygrywał, gdyż stosował żelazną zasadę, że zawsze atakował pierwszy. Krył się w tym pewien rys szlachetności, ponieważ poeta najczęściej stawał w obronie obrażanych kobiet.

Edward i Józef. Arystokracja. Spokojni, zrównoważeni, raczej milczący, rzadko i z lekka uśmiechnięci, nie okazujący wyrazem twarzy czy gestem emocji, namaszczeni, trochę pogańscy – tak w książce „Portrety z bufetem w tle” (wydawnictwo Adam Marszałek, 2001 r.) opisywał barmanów z Kameralnej Roman Śliwonik. Potrafili ze swej pracy uczynić prawdziwy spektakl. Byli życzliwi, czuwający, rozumiejący, przyjaźni. Byli artystami w swoim zawodzie. Wesoły kelner Edward i smutny Józio niezwykle uprzejmie traktowali nie śmierdzących groszem literatów. Zdarzało się, że brali w depozyt zegarki, a nawet dowody pechowych klientów. Był to oczywiście proceder nielegalny, ale jeśli nieszczęśliwiec umiejętnie przedłożył swoją prośbę, nie spotykał się z odmową. Pan Józef brał w zastaw czasomierz i obiecywał go systematycznie nakręcać. Chcąc w ten tymczasowo bezgotówkowy sposób załatwić transakcję, trzeba było być bardzo mocno zaprzyjaźnionym z barmanem. Na podobne układy godził się też pan Gienio, dorożkarz, który kochał artystów. Jego powóz z wierną „Baśką” nie raz woził chętnych z lub do Kameralnej czy Krokodyla. Z usług pana Gienia często korzystali m.in. Tadeusz Kubiak i Jerzy Skokowski.
"Pan redaktor jest już zmęczony"
oryginalna kameralnaKameralna oryginalna to nie tylko krawaty, marynarki i etykieta, lecz także pijackie burdy i awantury. Nad moralnością publiczną i zachowaniem spokoju czuwali szatniarze oraz kierownik sali – pisał Hłasko. Zdarzało się, że po bójce zmiatano z podłogi rozsypane zęby. Następnie wkraczał kierownik mediator i wołał tragicznym głosem: „Panowie! Ogólna buźka i spokój”. Jeśli ktoś z nazbyt rozochoconych gości nie dawał za wygraną i trzeba było wzywać do niego milicję, delikwent otrzymywał zakaz wstępu do lokalu na czas ustalony komisyjnie. Ta straszliwa ponoć kara uczyła respektu i skutkowała. Czasem jednak nie obywało się bez radiowozów z „bananami”, czyli funkcjonariuszami MO. Bowiem stopień rozbawienia gości obliczano na radiowozy policyjne. Tak więc przy małej bójce zamawiano jeden radiowóz; przy większej dwa; górna granica nie została jeszcze ustalona. – tłumaczył Hłasko.

Marek Hłasko opisuje wiele tragikomicznych wypadków z „Kamery”. Opowiada o tym, jak Andrzej Roman i Paweł Minkiewicz nieśli przez salę jakieś zwłoki i krzyczeli: „Uwaga, niesiemy kasę!”. „Zwłokami” okazał się oszołomiony alkoholem Jerzy Cukrowski, a przyjaciele zdążali z nim do baru, gdyż etykieta nie pozwalała im wyjąć pieniędzy z kieszeni sponsora. Wspomina też o krwawej jatce sprowokowanej niecelnym rzutem ogórka – podchmielony Wojciech Frykowski, zniecierpliwiony powolnością kelnera, cisnął w niego zieleniną. Nieprofesjonalna strzała ugodziła innego, poważnego barmana i odbijając się od marsowego czoła starca, trafiła kolejną ofiarę. Ta, a właściwie ten, niewiele myśląc, wymierzył barmanowi cios w czaszkę, dając tym samym sygnał do rozpoczęcia bitwy. Po raz kolejny nie obyło się bez mundurowych.

Po każdej większej awanturze, gdy wyrzucano na ulicę niesfornych klientów, w ślad za nimi leciały ich palta, laski i kapelusze. Szatniarze życzyli im przy tym dobrej nocy bądź mówili: „Pan redaktor jest już zmęczony”. Królewski lokal i królewskie obyczaje.
Swoisty trójkąt bermudzki
restauracja kameralna foksalW dziennej Kameralnej bywali przede wszystkim aktorzy pobliskiego Teatru Polskiego: Władysław Hańcza, Tadeusz Fijewski, Stanisław Jasiukiewicz, Hanna Skarżanka czy Halina Mikołajska; pisarze Henryk Bereza, Jerzy Andrzejewski, Janusz Głowacki, Józef Prutkowski, który nie mógł odmówić sobie przyjemności odwiedzenia lokalu nawet po kolejnym zawale, Edward Stachura oraz pokolenie „Współczesności” i „Hybryd”, a także Zdzisław Maklakiewicz – „gospodarz” lokalu; to filmowcy, profesorowie, rzeźbiarze, malarze, dziennikarze, handlarze – wielka reprezentacja Warszawy lat 60.; to cudowny pan Piotruś, życzliwy szatniarz, nierzadko pożyczający literatom pieniądze; to pani Tereska, u której wybrańcy mogli pić na borg; to Józef Gielo, częstszy bywalec Kameralnej „dla ubogich”, któremu jednak wystarczyło przejść trasę, by uzbierać nieco grosza na znakomity obiad, wódeczkę i zakąskę w „lepszym” lokalu. Profesor Jan Zygmunt Jakubowski

spotkał kiedyś Gielę na szlaku i usłyszał następującą prośbę: „Drogi profesorze, niech mi pan pożyczy 20 złotych”. Na co profesor odparł: „Panie Józefie, chętnie panu pożyczę, ale kiedy, na Boga, napisze pan tę swoją pracę magisterską o Peiperze?”. Z Tadeuszem Peiperem też wiąże się pewna anegdota, opowiedziana przez Zdzisława Łączkowskiego: Kiedyś w niedzielę, wczesnym popołudniem Peiper przyszedł do baru Kameralna na Foksal. Poprosił o golonkę i setkę wódki. Aż przyjemnie było patrzeć, z jakim apetytem ten starszy pan zajadał zamówione przez siebie danie. A golonki wtedy w Kameralnej bywały ogromne. Po spożyciu Peiper zapłacił rachunek i dał barmance napiwek, aż sto złotych. Jak na owe czasy, było to bardzo wiele. Pamiętam, że barmanka, również starsza już pani, broniła się i nie chciała tak dużej kwoty przyjąć. Wtedy Peiper, który był w ciężkiej sytuacji materialnej, jako stypendysta ZLP, powiedział: - Proszę, bardzo proszę, żeby pani te pieniądze wzięła, one mi nie są potrzebne, mam ich wiele. („Poezja”, nr 5) No i Kameralna dla mniej zamożnych. Tu także plebs mieszał się z arystokracją artystyczną.

Twardo przestrzegano pewnych zasad, np. nie sprzedawano alkoholu bez zakąski. A kuchnia była ponoć nie tylko tania, ale i całkiem niezła. Nie czuło się też mrocznego klimatu mordowni. Do baru często wstępowali wspomniany już Józef Gielo i Edward Skórzewski. Stosunkowo krótki, lecz jakże często uczęszczany szlak na ulicy Foksal, który zaczynał się w Kameralnej dziennej, biegł przez Klub Stowarzyszenia Dziennikarzy i swój finał miał w Kameralnej nocnej, stanowił – jak żartobliwie określił go Zbigniew Jerzyna – swoisty trójkąt bermudzki. Ten, kto odważył się beztrosko wtargnąć w to zdradliwe miejsce, był od razu wciągany w wir knajpianych wydarzeń, zabawy, dyskusji i dywagacji. Choć- by wstąpił tyko na chwilkę, czas i towarzystwo zawsze zawładnęły nim na dłużej. Ulica Foksal rzeczywiście należała do jednego z najbardziej znaczących literacko traktów. Praktycznie o każdej porze dnia w którymś ze znajdujących się przy niej lokali kwitło życie towarzysko-artystyczne. Literaci ze szczególnym sentymentem wspominają zwłaszcza Kameralną dzienną i nocną, gdzie chadzał każdy bez względu na stan i staż. Przyciągała ich tam nie tylko świadomość ciekawej scenerii wydarzeń dnia czy nocy, lecz także radość spotkania bliskich sercu przyjaciół, możliwość zabawy i dyskusji. Bywanie w Kameralnej stanowiło obowiązek, rytuał, gest współistnienia i potwierdzenia przynależności do grupy artystów, ludzi znaczących i ważnych. Czy nowa – otwarta w październiku – Kameralna też zasłuży sobie kiedyś na taką legendę?